Tajlandia i Laos





|
Koło południa 22 lipca wyjechaliśmy do Chiang Rai. Droga zajęła nam ponad 4 godziny. Na miejscu zatrzymaliśmy się w Ya Geust Hause (40 bathów). Chiang Rai miało być naszą bazą wypadową do Birmy. Następnego dnia rano wyjechaliśmy autobusem do przygranicznej miejscowości Mea Sai (1,5h). Na wycieczkę pojechaliśmy bez Tomka i Olimpii, którzy zostali z powodu choroby. Z dworca autobusowego musieliśmy jeszcze podjechać do samej granicy.
Przekroczenie granicy kosztowało nas 50 bathów po stronie tajskiej i 5 USD po birmańskiej. Z resztą Birma oficjalnie nazywała się Myanmar. Po przekroczeniu granicy od razu poszliśmy zjeść coś hinduskiego, ponieważ w Birmie bardzo wyraźne są wpływy kuchni indyjskiej. Jako, że nie chcieliśmy tracić za dużo czasu zjedliśmy pyszne samossy. W mieście Tachilek obejrzeliśmy piękną świątynię Buddy i wielką pozłacaną stupę. Znaleźliśmy tu także mały i skromny kościół katolicki w centrum miasta. Oprócz budowli sakralnych i bardzo oryginalnego birmańskiego pisma największą atrakcją było dla nas tanie chińskie piwo. W tym upale było dla nas wybawieniem. Na obiad poszliśmy do bardzo eleganckiej restauracji. Obiad jaki zjedliśmy był bardzo dobry a wizytówka jaka dostaliśmy powaliła mnie na kolana. Była sztywna, plastikowa i o bardzo przyzwoitej grafice. W Polsce nigdy takiej eleganckiej nie wiedziałem. Po obiedzie poszliśmy pokręcić się po mieście. Na ulicach dało się zauważyć liczne patrole wojskowe co przypominało o ustroju Birmy. Na targu kupiłem ciemne okulary, które z resztą noszę do dzisiaj. Ciekawostką był również ogromny fikus rosnący przy ulicy. Pamiętałem takiego ze swojego mieszkania, tylko że u mnie był kwiatkiem, a tu drzewem. W Birmie obowiązującą walutą był kyat, ale nie używało się jej w obrotach z obcokrajowcami w Tachilek. Wszystkie ceny podawano nam w bathach. Kilka banknotów dostaliśmy na pamiątkę, gdyż nie przedstawiały żadnej wartości. Po powrocie z Birmy nie zdążyliśmy na ostatni autobus powrotny do Chiang Rai, więc poszliśmy na stopa. Po chwili złapaliśmy jakiegoś gościa z plemienia Akha. Co prawda nie jechał do Chiang Rai, ale zabrał nas do swojej wioski. Tam pokazał nam ich kościół, który mieścił się w niewielkim namiocie, w którym stało kilka ławek. Po pokazaniu wioski odwiózł nas swoim pick-up'em do Chiag Rai. Wypiliśmy razem colę i nasz dobroczyńca wrócił do siebie.
|
|
|